Spirulina – cudowny śmierdziel

May 1st, 2012

Wspominałam już, że glinka marokańska mnie nieco rozczarowała. Szczególnie liczyłam na to, że będę nią mogła zastąpić maseczki oczyszczające do twarzy, niestety pozostawiała twarz zaczerwienioną. Robiąc naturalne zakupy (czyli zamawiając różnego rodzaju półprodukty do tworzenia moich mazideł), postanowiłam do wirtualnego koszyka wrzucić spirulinę.

O algach można się sporo naczytać – jak cudownie oczyszczają, nawilżają, odmładzają i w ogóle – robią ze skórą wszystko, co dobre. Kupiłam sproszkowaną spirulinę w skromnym sklepiku internetowym w cenie 5 zł za 20 gramów tej magicznej algi.  Spośród wszystkich alg z kolei spirulina jest tą, którą stosuje się wewnętrznie jako suplementy diety w formie kapsułek. Zacznę może od tego, że algi nie wyglądają za ładnie i na pewno za pięknie nie pachną, nie spodziewałam się więc proszku o zapachu róż, ale mimo wszystko pierwsze powąchanie było sporym szokiem. Spirulina naprawdę śmierdzi! Na jakimś forum ktoś porównał jej zapach do zapachu kurzych odchodów, mi kojarzy się on z pokarmem dla rybek akwariowych, ale jeszcze bardziej śmierdzącym.

Ciemnozielony proszek spakowany był w plastikowy słoiczek wielkości kremu pod oczy, byłam przekonana, że wystarczy na maksymalnie kilka zabiegów. Okazało się, że po dodaniu wody spirulina zmienia się w gęstą, ciemną(nadal śmierdzącą…) pastę. Maź jest gładka i łatwo rozprowadza się ją po skórze, dodatkowo dzięki swojej wyjątkowej smarowalności jest pierońsko wydajna – radzę zaczyna od 1/4 łyżeczki i dodać tyle wody, aby spirulina miała konsystencję bardziej stałą niż ciekłą. Jeśli jest za gęsta, wystarczy rozprowadzać ją na zwilżonej skórze. Zapach jest mocno nieprzyjemny, dlatego można dodać olejek eteryczny, ja dodaję z drzewa herbacianego, dzięki czemu maseczka ma właściwości antybakteryjne.

Spirulinkę można pozostawić na 10-20 minut, jednak przedłużenie tego czasu nie skutkuje żadnymi podrażnieniami jak miało to miejsce w przypadku glinki marokańskiej. Dobrze jest co jakiś czas zwilżać twarz, skrapiać ją wodą czy tonikiem w sprayu, aby maseczka całkowicie nie zaschła. Przy zmywaniu należy zachować ostrożność, żeby nie pobrudzić całej łazienki spiruliną – głęboka zieleń mogłaby źle się kojarzyć… Najlepiej twarz zmywać dłużej niż standadowo to robimy i dokładniej, ponieważ nawet małe ilości i już dobrze rozcieńczonej spiruliny pozostające gdzieś na granicy włosów przy twarzy potrafią pięknie pokoloryzować ręcznik.

A teraz najlepsza część: po zmyciu skóra jest dobrze oczyszczona, gładka i napięta, spirulina bowiem będzie odpowiednia nie tylko dla tłustej cery w celu jej oczyszczenia i zmatowienia, ale też dla skóry mało jędrnej ze zmarszczkami, ponieważ działa jak lifting. Już wiem, że nie będę więcej kupować sklepowych maseczek oczyszczających, ponieważ rewelacyjnie sprawdzają się w tej roli spirulina i zielona glinka, o której niebawem. Na pewno będę też próbować innych naturalnych maseczek, np. tzn. czarne mydło czy glinka Beloun.

Moje hity, cz. 5 – serum Termoochrona Marion

April 24th, 2012

Zużyłam już kilka buteleczek Biosilku, serum Termoochrona Marion zakupiłam, bo akurat nigdzie nie było promocji na Biosilka. Nie spodziewałam się wiele – inne jedwabie polskich marek mnie zawiodły. Postanowiłam jednak, że spróbuję serum Termoochrona Marion, ponieważ cena była niewysoka, jakieś 7-8 zł, spora pojemność 30 ml, fajne opakowanie z pompką i obietnica producenta, że serum chroni włosy przed gorącem podczas suszenia czy stylizacji. Okazało się, że Termoochrona to serum idealne. Pachnie ładnie – delikatniej niż Biosilk i jednak dla mnie Biosilk zapachem góruje, ma rzadszą, jakby wodnistą konsystencje, co wpływa na dwie rzeczy: z jednej strony mniej natłuszcza i obciąża, z drugiej wymaga użycia większej ilości. Serum Marion nakładam 2-3 pompki na włosy, starając się mimo wszystko nie zaczynać zaraz od głowy – nawet najlżejsze preparaty mogą dawać średnio ciekawy efekt a’la nie-myłam-włosów-już-tydzień. Termoochrona jest nie tylko

Źródło: www.marionkosmetyki.pl

mniej tłusta, ale też mniej „silkowa” – nie daje takiego poślizgu jak oryginalny Biosilk. Efekt naytomiast przeszedł moje oczekiwania – włosy nabierają satynowego blasku, tworzać jednolitą taflę odbijającą  światło. Jak to po jedwabiach, włosy są cięższe, lejące, co bardzo moim       sztywnym, szorstkim i niepokornym włosom odpowiada. Ogromnym plusem, na który nawet nie liczyłam, jest działanie ochronne przed wysoką temperaturą. Rozprowadzone na włosach serum Marion sprawia, że podczas prostowania włosów prostownicą włosy nie nagrzewają się tak jak wcześniej, kiedy to parzyły mi skórę. Czy po prostownicy, czy po lokówce – włosy pozostają wspaniale błyszczące, gładkie i zdrowe.Serum Termoochrona Marion wygrywa z Biosilkiem pod względem braku ryzyka przesadzenia z ilością kosmetyku oraz działaniem ochronnym. Chociaż sądzę, że ze wzgędu na piękny, intensywny zapach nadal będę sięgać po Biosilk i używać go szczególnie na końcówki włosów.

Kosmetyczne ściemy, odcinek 5 – wizaż nagębny

April 2nd, 2012

Ciąg dalszy super porad z cyklu “umaluj się jak lala”, czyli światowe triki makijażowe.

Podkład lepiej jaśniejszy niż ciemniejszy

Jeden z największych wizażowych mitów. Wiadomo -podkład powinien być jak najbardziej zbliżony do kolory naszej skóry, jednak jeśli mamy do wyboru podkłady o niewielkich odchyleniach w jedną lub drugą stronę, to lepiej wziąć podkład ciut ciemniejszy.Weźmy pod uwagę kilka kwestii. Skóra się czasem opala, ale sama z siebie raczej nie jaśnieje, kupując ciemniejszy podkład w okresie zimowym zbliżamy naszą skórę odcieniem do tego, który osiągniemy w lecie, efekt jest więc bardziej naturalny niż gdybyśmy skórę rozjaśnili. Twarz u wielu osób jest bardziej różowa, bardziej się rumieni czy po prostu wystawiana na promieniowanie przez cały rok jest ciemniejsza niż reszta ciała. Nałożenie na twarz podkładu jaśniejszego, np. w kolorze naszej szyi da efekt córki młynarza. Jeśli natomiast mamy jeszcze dość opalone ciało, a skóra twarzy jest znacznie jaśniejsza, bo szybciej się złuszcza i odnawia (twarz myjemy i peelingujemy przeważnie częściej niż ciało), to ciemniejszy podkład zniweluje tą różnicę. Z doświadczenia wiem, że lepiej jest przeciągnąć lekko pudrem brązującym po szyi i dekolcie po życiu ciemniejszego podkładu niż wysmarowaną na biało twarz starać się brązerem dopasować do szyi i dekoltu.

Korektor pod podkład

Nadal spotykam się z artykułami, które mówią o tym, jak poprawnie wykonać perfekcyjny makijaż twarzy, a w nich podana kolejność: korektor -> podkład -> puder. Przepraszam bardzo, ale jak nałożyć podkład nie rozmazując tak starannie nałożonego wcześniej korektora? Omijać zapaćkane punkty szerokim łukiem? Dopóki więc ktoś nie wyjaśni mi, jak stosować tą magiczną sztuczkę, będę maziać się korektorem na podkładzie i taki sposób będę propagować!

Puder brązujący na całą twarz

Brązer był dla mnie zawsze produktem, który miał tworzyć sztuczną opaleniznę. Niestety jakbym nie chciała się pudrem brązującym pomalować na całej twarzy, tak zawsze efekt był taki sam: żaden albo przesadzony. No cóż-jeśli chcemy miec opaloną twarz, to trzeba opalić też szyję i dalsze odkryte części jak dekolt czy ramiona, a wtedy ubrania trzeba by było podszywać jakąś ceratą chroniącą przed zabrudzeniem. W związku z czym musiałam ostatecznie pogodzić się z faktem, że brązer więcej ma wspólnego z różem niż z pudrem i ostatecznie w podobny sposób go używam. Znalazłam 2 szkoły makijażu brązującego. Jedna mówi o tym, aby muskać twarz w miejscach, gdzie najłatwiej i najszybciej się opala, to jest czoło, nos i broda, a więc w skrócie -prowadzić pędzel po kształcie litery T. Ta wersja jest dla mnie o tyle nieciekawa, że i tak efekt jest taki jak przy wymalowaniu całej twarzy, ponieważ patrząc na wprost widzimy na pierwszym planie brąz, co jak dla mnie i tak wymaga użycia brązera do szyi. Zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu metoda druga, która radzi, aby pędzel prowadzić na kształt cyfry 3 od skroni poprzez policzki aż do żuchwy. Sposób fajny, ponieważ jaśniejsza, a więc naturalnie rozświetlona zostaje centralna część twarzy (w jednej linii z szyja, której nie trzeba dodatkowo koloryzować), za to bardzo fajnie wymodelowane są boki. Ja wykonuje wersję nieco zmodyfikowaną i brązer rozprowadzam podobnie jak róż, a więc delikatnie na skroniach i nieco więcej na policzkach, przy czym brązer stosuję głównie na część poniżej policzków tylko lekko przeciągając w górę, róż bardziej na policzki. Takie wykonanie daje efekt modelowania, ciemniejsza skóra pod policzkami optycznie wyszczupla twarz. Jeśli chcę mocniej się “opalić”, brązer rozcierać bliżej w kierunku centrum twarzy, czasem lekko przeciągam na szyję.

Kosmetyczne ściemy, odcinek 4 – wizaż okołooczny

April 2nd, 2012

Tym razem trochę inaczej, a mianowicie nie o samych składnikach czy kosmetykach, ale o sposobie ich wykorzystania, a konkretnie najgłupszych super-radach na temat stosowania niektórych kosmetyków kolorowych. Najciekawsze jest to, że większość z tych głupot jest jak mantra powtarzana i chętnie powielana przez wszelkiego rodzaje czasopisma czy serwisy internetowe. Ostatecznie zgodnie z założeniem pism i serwisów dla pań – po co pisać sensownie, ważne, żeby ktokolwiek to czytał. Zaczynamy od makijażu oczu.

Biała kredka na dolnej powiece

Śnieżnobiała kredka, użyta wewnątrz dolnej powieki, ma optycznie powiększać oko. A ma się tak dziać dlatego, że biała część powieki ma być przedłużeniem białka oka. Problem w tym, że białka wcale takie białe nie są, a często są nawet dość mocno przekrwione. Zamiast więc uzyskać efekt dużych oczu, naturalny look i świeże spojrzenia, mamy sztuczną, atakującą nas swoją bielą krechę. A że im bardziej błyszcząco i świecąco, tym lepiej, to czemu ta biel nie ma być jeszcze perłowa i brokatowa do pełni szczęścia? I widzimy potem na ulicy takie znam-profesjonalne-wizażowe-sztuczki panny. Białej kredki, podobnie z resztą jak czarnej, najlepiej w ogóle nie kupować i zastąpić ją kremową lub cielistą.

Białe perłowe cienie w kącikach oczu i pod łukiem brwiowym

Kolejna inwazja bieli, tym razem w postaci proszkowanej, chociaż w tym samym celu używana jest też znana nam już dobrze biała kredka. Jakiś świetny wizażysta stwierdził kiedyś, że perłowa biel jest natuaralnym sprzymierzeńcem świeżego spojrzenia i tak w czasach Aniołków Charliego wszystkie eleganckie panie świeciły oczami – dosłownie. Co prawda z czasem ruch wielbicieli małżo-mąki nieco złagodniał i teraz propaguje mazianie się perłobielą jedynie przy wewnętrznych kącikach oczu i pod łukiem brwiowym, nadal jednak całe gro osób przekonane są, że przepite spojrzenie najlepiej zamaskuje świecąca wokół nich biel. Tymczasem zdecydowanie lepiej sprawdzi się nie perłowa biel, lecz matowy krem lub satynowy delikatny złoty. Zasada jest taka, że nie używamy zimnych odcieni, a już przenigdy odcieni różowych (chyba że chcemy pokazać niewyspane/zmęczone/przepite oczy -róż idealnie to podkreśli).

Jasne cienie na całych powiekach

I kolejny przykład na to, jak bardzo jasne kolory zostały sobie upodobane przez kobiety, chociaż dawne czasy się skończyły, a biel przestała kojarzyć się z niewinnością (patrząc na białe kozaczki można wręcz stwierdzić, że jest odwrotnie niż kiedyś…). Nie wierzcie w to, że jasny cień na powiekach optycznie powiększa oczy! Jasny cień sprawia, że oczy wydają się wąskie jak szparki. Bo skoro jasne powiększa – to “powiększona” powieka przytłacza oko, które staje się przy niej mniejsze. Jeśli już miałabym malować całą powiekę jednym kolorem, to wolałabym ten ciemny niż jasny, jeśli miałabym jednym kolorem wymodelować oko, to również lepiej nadaje się do tego ciemny kolor (ciemny można użyć przy zewnętrznych kącikach oczu i nad załamaniem powieki, a następnie lekko rozetrzeć – od kącika do połowy powieki, od załamania lekko w górę i na zewnątrz). Jasny cień nadaje się tylko jako baza dla wyrazistych barw lub neutralnych odcieni, ale ciemniejszej od naszej karnacji.

Kosmetyczne ściemy, odcinek 3 – antyperspiranty

April 2nd, 2012

Wiele osób zamiennie używa określenia “dezodorant” i “antyperspirant” lub używa dla jednych i drugich “dezodorant”. W praktyce oba produkty różnią się od siebie.  Aby jednak zrozumieć te różnice, należy zacząć od podstaw. Pot nie śmierdzi. Przynajmniej nie na początku. Zaczyna dawać o sobie znać kiedy zaczną rozkładać go bakterie. Dezodorant zapobiega rozwojowi bakterii, a więc pocimy się, ale nie śmierdzimy (nooo nie powinniśmy przynajmniej). Antyperspirant działa inaczej, ponieważ przede wszystkim zapobiega poceniu się. No i właśnie to zatrzymywanie jest tematem dyskusji.

Część osób twierdzi, że antyperspiranty są bardzo niezdrowe – blokują pory, nie pozwalają wydalać organizmowi toksyn w postaci potu, ba – mogą nawet powodować raka. Ale zacznijmy od tego, że od usuwania większości toksyn mamy inny mechanizm… A nawet jeśli coś tam ma jeszcze wydostać się wraz z potem, to to zrobi – pocimy się na całym ciele, mniej lub więcej na różnych częściach, ale przyhamowanie pocenia się na takim małym skrawku szkodzić nie powinno. Przyjrzyjmy się z resztą facetom – ile potu jest pod pachami, a ile na plecach i klacie podczas wysiłku fizycznego. Tutaj pojawia się kwestia istotnej roli pocenia się – regulacja temperatury, chłodzenie rozgrzanego ciała. Nie widzę jednak problemu, dopóki ktoś nie wpadnie na pomysł stworzenia antybalsampirantu do smarowania całego cielska.

A teraz dowód na to, jak ładnie firmy kosmetyczne potrafią tworzyć teorie naukowe na własny użytek. Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze kupowało się kobiece czasopisma zamiast korzystać z Zeberek, Kozaczków, Pudelków, Luli, Groszków, Wizażów i innych www i .pl, co miesiąc nabywany był w domu mym rodzinnym Poradnik Domowy. Przez długi czas dołączane było do niego mini pisemko od Nivea, które zawierało różnego rodzaju artykuły, przepisy i rady z zakresu pielęgnacji urody. Nivea produkowało wówczas klasyczne dozodoranty i w jednym z numerów mini-poradnika poświęcono cały tekst tematyce pocenia się i dezodorantom. Udowadniano, że pocenie się to przecież proces naturalny, że hamowanie pocenia się jest niezdrowe, że powinniśmy używać po prostu skutecznych dezodorantów (Nivea), bo antyperspiranty to ZłO!!! (wtedy chyba prym wód kosmetyków podpachowych wiodła Rexona – bodajże pierwszy wówczas, a na pewno jedyny reklamowany na tak dużą skalę antyperspirant). Minęło parę lat, a Nivea wymieniła swoje dezodoranty na antyperspiranty. Czyżby filozofia marki się zmieniła, czy może klientki wolały zaopatrywać się w rakotwórcze antyperspiranty i dezodoranty nie przynosiły firmie zysków? Dla mnie odpowiedź jest oczywista.

Moje hity, cz. 4 – cienie Paul Sagane

December 7th, 2011

Źródło: www.paulsagane.pl

Ostatnio olśniło mnie, że do moich hitów koniecznie muszę dołączyć cienie Paul Sagane. Zapomniałam o nich nieco, ponieważ od dłuższego czasu cieni używam sporadycznie, jednak te są wyjątkowo mistrzowskie.

Paul Sagane stworzył cienie pod każdym względem idealne, bo jak znalezienie dobrych i trwałych cieni na górnej półce nie jest takie trudne (Clinique) to w niższej cenie udaje się to bardzo rzadko.  Porządne były pojedyncze cienie Oriflame, ale że zostały wycofane… Cienie Paul Sagane nie mają konkurencji.

Do wyboru mamy gamę cieni pojedynczych, ciekawe pawie oczka, czyli kolorowe dwójki oraz 2 rodzaje trójek. Maniaczki mogą zakupić paletę 40 cieni, ale chyba by życia zabrakło, żeby to zużyć… Normalne ilości pakowane są po 4 (pojedyncze), 5 (podwójne) i 4,5 (potrójne) gramy. Trojaczki występują w klasycznej postaci postaci kółek lub słodkim kształcie serduszek. Zapakowane są w okrągłe pudełeczko z lusterkiem i jedną pojedynczą (niestety) pacynką. Słabym punktem jest właśnie opakowanie, które nie dość, że jest nieco tandetne, to ma tendencje do rozpadania się – średnie zawiasy i zatrzask. Pacynka też nie powala… Same cienie Paul Sagane natomiast to klasa: świetna aksamitna konsystencja, która nie osypuje się, nakłada się bardzo gładko, ale daje możliwość cieniowania. W zależności od wybranej wersji możemy wykonać makijaż subtelny lub też wyjątkowo wyrazisty.

Posiadam 2 zestawy.  305, który składa się z perłowego jasnego cienia w kolorze złocistego kremo-beżu, ciepłego koralowego różu opalizującego delikatnie na niebieskoi chłodnego brązu, który zdaje się mieć maleńkie fioletowe drobinki oraz 301, który zgrabnie łączy jasny perłowy róż, intensywny róż-fuksję i żywy fiolet – wszystkie opalizujące na chłodny fioletowy odcień. 305 jest wyjątkowo udanym subtelnym i uniwersalnym zestawem na codzień – jasny cień może służyć jako baza na całe powieki lub tylko do rozświetlenia kącików oczu i łuku brwiowego, do modelowania możemy wykorzystać róż, brąz lub połączyć oba kolory. Ten zestaw cieni Paul Sagane jest mniej napigmentowany niż 301, dzięki czemu nie sposób zrobić sobie nim krzywdy, a kolory świetnie ze sobą współgrają płynnie przechodząc jeden w drugi. 301 to już inna bajka… Ostre, intensywne kolory bezczelnie pchały mi się do torebki krzycząc “weź mnie!”. No to wzięłam… Używam na imprezy, do makijażu wieczorowego lub w bardzo małej ilości w makijażu dziennym jako mocny akcent. Najjaśniejszy róż nie może spełniać takiej roli jak krem z 305 – jest za perłowy i jednak za różowo-fioletowy, a to bynajmniej nie odświeża spojrzenia… Pełni on u mnie rolę łagodzenia i rozcierania wścieklejszych sióstr. A one na powiece mają dość zbliżoną barwę i niestety fioletem ciężko jest przyciemnić fuksję, dlatego przeważnie używam jeszcze odrobinę klasycznego, ciemnego fioletu z zestawu innej firmy. 305 zdarzało mi się też z dużą ostrożnością używać jako różu do policzków – uzyskiwałam efekt zimnego różu, który ciężko dostać jest w sklepie.

Oczywiście cóż to by były za cienie, gdyby ich piękno trwało chwilę. Ale cienie Paul Sagane są w stanie wytrzymać więcej niż powinny, bo kilkanaście godzin, przy czym po tym czasie kolory są tylko lekko wyblakłe, ale co najważniejsze – nic nie osadza się w załamaniu powieki. Sądzę, że przy cenie 28 (pojedyncze i podwójne) lub 33 zł (potrójne) mogę spokojnie uznać je za absolutny makijażowy hit i serdecznie polecić.

 

Kurczak po wietnamsku

December 6th, 2011

Składniki:

2 pojedyncze filety z kurczaka

2-3 cebule

papryka słodka – 1  łyżka

papryka ostra – 1  łyżka

curry – 1  łyżka

czosnek – ok. 3 ząbki

sos sojowy – 3 łyżki

cukier – 3 łyżki

oliwa z oliwek

Przygotowanie:

Kurczaka kroimy w kostki, cebulę w piórka. Cebuli powinno być sporo, conajmniej jedna średnia cebula na pojedynczy filet. W naczyniu, w którym będziemy marynować kurczaka, mieszamy po łyżce papryki słodkiej, ostrej, curry, wyciśnięty czosnek (ok. 3 ząbków) oraz odrobinę oliwy – najmniejszą ilość, która połączy wszystkie składniki. Wymieszanego z przyprawami kurczaka możemy przygotować od razu, ale najlepiej, jeśli zostawimy go w lodówce na kilka godzin czy cała noc.  Na patelnię wsypujemy cukier i podgrzewamy go ciągle mieszając aż się roztopi i skarmelizuje. Wówczas wrzucamy kurczaka, mieszamy go z karmelem i smażymy chwilę na dużym ogniu aż do lekkiego zbrązowienia. Następnie wlewamy sos sojowy, wrzucamy cebulę i dusimy pod przykryciem od czasu do czasu mieszając do momentu, aż cebula całkiem zmięknie. Potrawę możemy doprawić dolewając jeszcze trochę sosu sojowego lub dsoypując cukru, powinna mieć ona wyrazisty słodko-pikantny smak. Podajemy z ryżem.

 

Moje hity, cz. 3 – Alantan Plus

November 18th, 2011

Alantan Plus możemy kupić w postaci maści lub kremu, ja zdecydowanie wolę krem, maść jest bardzo ciężka, tępo się rozsmarowuje, tłuści, może się jednak przydać w przypadku stosowania na usta czy łokcie.  Ale od początku – co to takiego ten Alantan Plus i czemu jest taki szczególny? Jest to preparat składający się z dwóch składników aktywnych: d-panthenolu i alantoiny. Oba te składniki mają działanie silnie łagodzące i gojące, stosuje się je w przypadku różnych zadrapań czy oparzeń.

Źródło: www.alantan.pl

O mocy Alantanu przekonałam się, kiedy nabawiłam się poparzenia chemicznego. Szukając prostego sposobu na pozbycie się szczeciny z nóg, kupiłam piankę do depilacji. Po jej zmyciu z nóg byłam przerażona – skóra była czerwona. Pobiegłam do apteki i kupiłam Alantan Plus w kremie. Namiętnie smarowałam nim poparzone nogi parę razy dziennie. W międzyczasie porobiły się strupki. Bałam się, że będę mieć blizny. Okazało się jednak, że po tygodniu stosowania po wszelkich podrażnieniach, zaczerwienieniach, a nawet rankach nie było śladu! Podobne doświadczenia mam w przypadku niewielkich oparzeń na rękach, które regularnie nabywam dzięki piekarnikowi.  Te poparzenia, które zostawiłam same sobie są nadal widoczne w postaci ciemniejszych smug, z kolei miejsca, które smarowałam Alantanem nie zostawiły prawie żadnych śladów.

Alantan jest idealny, kiedy chcemy uspokoić skórę – czy to podrażnioną depilacją (tu już myślę bardziej o depilatorze czy maszynce niż tym chemicznym świństwem), czy zbytnio zmasakrowaną ostrym peelingiem na twarzy. W każdej z tych sytuacji Alantan sprawdza się wyśmienicie. Jego bardzo ważną cechą jst stosunkowa lekkość, łatwość rozsmarowywania i szybkie wchłanianie.

Krem Alantan Plus może być stosowany zamiast standardowego kremu do twarzy.

 

Moje hity, cz. 2 – Sudocrem

October 25th, 2011

Produkt nazywany, przez wiele osób cudokremem, nie jest klasycznym kosmetykiem, bardziej przypomina maść leczniczą. Stworzony został z myślą o pielęgnacji skóry niemowlaków i wiele mam stosuje Sudocrem do smarowania pupy swoich maluchów przy przewijaniu.

Krem jest bardzo gęsty i tępy w rozsmarowywaniu, w przypadku większych powierzchni lepiej jest go wklepywać. Mocno bieli, co jest spowodowane duża ilością dwutlenku cynku. Ma dość przyjemny zapach, który zawdzięcza aromatowi lawendowemu.

Sudocrem można co prawda stosować punktowo przy trądziku, ale ze względu na właściwości bielące ja osobiście polecałabym inne preparaty. Jest jednak jedno zastosowanie, w którym cudaczka nic nie przebije:

Źródło: www.sudocrem.com/poland

pielęgnacja skóry po goleniu/depilacji, szczególnie bikini. U wielu kobiet golenie lub depilacja powodują podrażnienia w postaci zaczerwienień czy nawet drobnych stanów zapalnych jak krostki. Tutaj nie wystarczy preparat łagodzący jak Alantan Plus, bo krostki nie znikną, z kolei traktowanie dopiero co podrażnionej skóry silnym produktem antybakteryjnym raczej pogłębi niż zniweluje zaczerwienienie. Sudocrem działa idealnie – łagodzi swędzenie po goleniu, zmniejsza zaczerwienienie i usuwa stany zapalne. Zazwyczaj już po jednej aplikacji widać wyraźną poprawę, po 2-3 nałożeniach problemy znikają.

Krem jest bardzo wydajny, już najmniejsze opakowanie 60 g (ok. 11 zł) powinno wystarczyć nam na kilka miesięcy, ale do dyspozycji mamy też opakowania 125, 250, a nawet 400 g.

Kosmetyczne ściemy, odcinek 2 – SLS

October 24th, 2011

SLS, czyli Sodium Laureth Sulfate (lub Sodium Lauryl Sulfate), spotykany w kosmetykach myjących chyba jeszcze częściej niż paraffinum liquidum w kremach. “Ekologiczni” przypisują mu właściwości wysuszające i podrażniające. SLS pozbawia podobno skórę warstwy lipidowej, czyli jej naturalnej ochrony, to przez SLS w obecnych czasach mamy tak przesuszoną skórę i tyle różnych dermatoz.

Zabawne jest to, że parę lat temu mieliśmy polowanie na mydła – mydła byłe wtedy be, a żele pod prysznic cacy, bo miały “neutralne dla skóry pH” i nie wysuszały jej na wiór tak jak wstrętne, zasadowe mydła. A teraz znowu mydła zaczynają wracać do łask, a mocno atakuje się SLS-owe produkty.

SLS-y występują we wszystkich kosmetykach myjących: szamponach, żelach pod prysznic, płynach do kąpieli, żelach do mycia twarzy, mydłach w płynie, płynach do higieny intymnej. Stosowane są również w produktach dla dzieci. Jednym z najważniejszych i najczęściej wymienianych argumentów anty-SLS-owców jest fakt, że SLS jest substancją silnie żrącą, detergentem tak mocnym, że stosowanym do czyszczenia i odtłuszczania w warsztatach samochodowych! Podobno główny składnik Coca-Coli przeżera metal. Żrące kwasy stosuje się do peelingu skóry. Tylko w każdym z tych przypadków liczy się stężenie. I dlatego właśnie porównywanie żelu pod prysznic do preparatu zmywającego smary i oleje  jest dla mnie nietrafione.

Z własnego doświadczenia mogę też powiedzieć, że nie sądzę, żeby to SLS był odpowiedzialny za przesuszoną skórę – całe ciało myję zawsze tym samym produktem, a efekt jest taki, że łydki – nawet smarowane balsamami – i tak pozostają dość suche, podczas gdy mój tułów jeśli już jest smarowany, to mleczkiem do opalania lub samoopalaczem – a zawsze skórę na plecach mam tak miękką, gładką, nawilżoną i aksamitną, że najchętniej sama bym siebie przytulała i głaskała. Nie twierdzę bynajmniej, że SLS jest bezwzględnie dobry. Czuję, że jest to detergent mocniejszy niż np. zastępujący go w naturalnych myjcach Cocamidopropyl Betaine, natomiast nie każdy potrzebuje czegoś łagodniejszego, a czasem SLS jest wręcz pożądany. Prosty przykład to szampon do włosów, który u mnie w łagodnym i naturalnym wydaniu zwyczajnie się nie sprawdza – mam wrażenie, że nie myje dokładnie, włosy nie lśnią tak jak po “przeklętym SLS”. Nawet twarz, która wydawałoby się woli łagodne preparaty, często nie przepada za żelami SLS-free, ponieważ znacznie gorzej radzą sobie z makijażem, a już o zmyciu tuszu nie wspomnę. Tutaj korzystniejszy jest na pewno kosmetyk z SLS, który bez problemów od razu wszystko zmyje niż łagodny środek, który trzeba aplikować drugi czy trzeci raz, bo przy pierwszym jedynie rozmazał tusz czy szminkę – a skórę niepotrzebnie kolejny raz się naciąga, pociera i podrażnia.

Praktyczną stroną SLS jest to, że mocno się pieni i tutaj niestety łagodne detergenty pozostają w tyle jeśli chodzi o przyjemność stosowania.

Sądzę, że jeśli tylko ktoś nie ma specjalnych problemów skórnych, to SLS krzywdy nie zrobi. Warto oczywiście sprawdzać składy i zwracać uwagę, czy oprócz SLS znajdują się też inne, łagodniejsze komponenty jak wspomniany Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside czy Coco Glucoside i wybierać te kosmetyki, w których SLS-y nie występują samodzielnie lub występują po delikatniejszym rodzeństwie jak np. w szamponach Fitomedu. W przypadku dużych problemów ze skórą najlepiej w ogóle zrezygnować z jakichkolwiek detergentów na rzecz olejków do mycia.