Wpisy otagowane jako ‘soda oczyszczona’

Ups, I did it: soda na włosy

Sunday, July 17th, 2011

Tak jak zakładałam, moja ciekawość zmusiła mnie do wypróbowania metody czyszczenia włosów sodą. Według zwolenników tego sposobu soda usuwa z włosów wszystkie zanieczyszczenia, nawet te, których szampon nie jest w stanie usunąć. Poprzez otwarcie łuski włosa sprawia, że oczyszczenie jest dogłębne. Dopiero tak oczyszczone włosy możemy zacząć regenerować. Z drugiej strony jedna z teorii głosi, że takie otwieranie i zamykanie łuski włosa jest szkodliwe i zaburza naturalną równowagę skóry głowy i włosów.

Po przeczytaniu wielu opinii spodziewałam się ekstremalnych efektów – wyjątkowo odświeżonych, ożywionych, lekkich, błyszczących włosów lub w drugą stronę – włosów wysuszonych i sianowatych. Efekty mnie rozczarowały. I nie dlatego, że były fatalne, ale dlatego, że… prawie ich nie było.

Zastosowałam program oczyszczająco-regenerujący. Najpierw wmasowałam we włosy rozpuszczoną w wodzie sodę oczyszczoną i pozostawiłam na kilka minut, aby wszelkie brudy się rozpuściły, następnie spłukałam włosy (były wówczas suche, sztywne, tępe, ale o wiele mniej niż po glince marokańskiej) i nałożyłam na ok. 20 minut roztrzepane surowe jajko. Taki kompres ma zregenerować włosy dzięki dużej zawartości protein. Włosy spłukałam letnią wodą. Ciepła z oczywistych względów nie jest tu wskazana – jajecznicę wolę jednak robić na patelni. Użyłam jak zwykle odżywki do włosów. Ostatnie płukanie służy zamknięciu łuski włosa, działa też nabłyszczająco. Ja użyłam łyżki octu winnego i nieco soku z cytryny na pół litra letniej wody.

A teraz efekty: włosy były tylko trochę bardziej sztywne niż zazwyczaj, nie zauważyłam żadnej lekkości czy niesamowitego połysku. Generalnie mam wrażenie, że po użyciu sody nie było wielkiej różnicy niż w przypadku zastosowania szamponu. Możliwe jest, że soda przynosi spektakularne efekty w przypadku włosów, które ciągle są piankowane, żelowane, lakierowane, a szampon nie zmywa do końca resztek kosmetyków do stylizacji i dopiero po użyciu sody widać, co to znaczy czyste włosy. Dla mnie – bez sensu.

No poo – kogel-mogel na głowie i inne sposoby

Monday, April 25th, 2011

Opiszę kilka sposobów mycia włosów bez użycia detergentów. Co prawda niektóre sposoby do mnie nie przemawiają, ale moja wrodzona ciekawość może przeważyć i nóż widelec wmasuję sobie w skalp jajko?

Jajkiem całym myjemy włosy przetłuszczające się, natomiast suche – samym żółtkiem. Wmasowujemy toto w wilgotne włosy i spłukujemy. Nie należy używać zbyt gorącej wody, bo możemy sobie zrobić jajecznicę, a wówczas wszelkie teorie no poo pójdą w odstawkę i w akcie desperacji będziemy skłonni umyć włosy choćby proszkiem do prania…

Soda – ledwo przeczytałam o cudownych właściwościach sody, a już znalazłam informacje, które temu przeczą. Włosy można umyć mieszając sodę z wodą lub – jeśli pozostajesz przy szamponach – dodać do szamponu raz na jakiś czas sodę, żeby dokładnie włosy oczyścić. A soda oczyszcza podobno bardzo dobrze – zmywa nie tylko brud i tłuszcz, ale również silikony, które dość skutecznie trzymają się włosów plus soda delikatnie peelinguje skórę głowy. Niestety soda ma odczyn zasadowy, przez co zaburza pH skóry głowy i wysusza włosy. Dlatego też 1. sody nie należy stosować często 2. po zastosowaniu głowę spłukujemy wodą z octem lub wodą z sokiem cytrynowym – w każdym razie czymś, co zakwasi nam ciut łepetynkę, czyli przywróci odpowiednie pH (ważne dla zdrowej skóry) i zamknie łuski włosa. I tutaj pojawiają się moje wątpliwości – skoro szampon jest be, a soda czyści jeszcze silniej plus ma jeszcze wyższe (bardziej zasadowe pH) – to jak to się ma do nie ingerowania w naturalne mechanizmy skóry i zachowania jej zdrowia? Mogę ewentualnie przyjąć wersję, że taka terapia szokowa jest konieczna, żeby przejść do pozostałych metod no poo, mówiąc w skrócie – musi być gorzej, żeby było lepiej, ale polecanie mycia włosów każdorazowo sodą – to już dla mnie przesada z logicznego punktu widzenia.

Glinka/ziemia wulkaniczna jest znana z właściwości oczyszczających. Błotko stosowały dzikie ludy ;) przez wieki – urocza papka powstała z glinki wymieszanej z wodą, wmasowana w skórę i głowę, a następnie spłukana dobrze myła, delikatnie złuszczała, ale też wygładzała i odżywiała dzięki dużej zawartości składników mineralnych. Kilka lat temu glinki przeżywały wielki bum, obecnie powszechnie używa się ich jako maseczek – szczególnie silnie oczyszczającej glinki zielonej. Jednak glinka, którą możemy myć sobie włosy to glinka marokańska, zwana też rasul, rhassoul czy ghassoul. Jest ona delikatniejsza od glinki zielonej, można ją stosować nawet przy cerach wrażliwych czy naczynkowych. W gotowych kosmetykach glinkę znajdziemy w maseczce do twarzy i włosów Yves Rocher oraz w błocie do włosów Bielenda. To ten ostatnio kosmetyk sprawił, że zaczęłam szukać informacji nt glinki marokańskiej. Jeśli nie chcecie myć włosów czystą glinką, możecie spróbować umyć je tym właśnie błotkiem, a jeśli zupełnie nie przekonuje Was no poo – polecam maseczkę do standardowej pielęgnacji.

Ocet, a dokładnie płukanka octowa służy do łagodnego oczyszczania włosów szczególnie między jednym a drugim myciem zasadniczym innym środkiem. Płukanka z wody i octu 1. rozprowadza sebum na całej długości włosa 2. spłukuje z włosów nadmiar tłuszczu nie naruszając przy tym ich struktury. Nie wiem, jakie powinowactwo ma ocet z tłuszczem i jak zachowują się one w stosunku do siebie z chemicznego punktu widzenia (ocet jest kwasem), ale chyba się lubią i tworzą związki (czytaj – łączą się), skoro octem zmywa się tłuszcz np. z szyb. Wychodzi więc na to, że ocet chwyta sebum i ta piękna para wypłukiwana jest z naszych włosów pozostawiając je pięknymi, zdrowymi i lśniącymi (przynajmniej tak wygląda teoria).

Włosy możemy też płukać po prostu ciepłą wodą, która rozpuszcza tłuszcz (patelni zimną wodą raczej się nie umyje) lub naparami ziołowymi, które mają dodatkowe właściwości – większość ziół wpływa na skórę głowy tonizująco, zapobiegając nadmiernemu ich przetłuszczaniu się, wzmacnia włosy czy też podkreśla ich naturalny kolor.

Odżywki do włosów nie zawierają detergentów, a więc swobodnie możemy oczyszczać nimi głowę. Muszą to być jednak odżywki lekkie, najlepiej o prostym składzie (prosta zasada – im mniej kosmetyk ma składników, tym lepiej) i koniecznie bez silikonów. Odżywkę wmasowujemy w wilgotne włosy i spłukujemy ciepłą wodą. Pisałam już, że sposób ten jest dla mnie tak samo zasadny jak demakijaż mleczkiem twarzy – przyjęło się, że mleczek nie zmywamy wstrętna, twardą kranówą, która wysusza skórę, a więc mleczko jest dla cery rozwiązaniem łagodniejszym od żelu do mycia twarzy i tak jest, chociaż ja osobiście za mleczkami nie przepadam, ponieważ nie pozostawiają takiego uczucia czystości jak żele. Można nawet powiedzieć, że nie oczyszczają tak dokładnie jak żele. Ale skoro mówimy o metodzie no poo to dokładnie o to nam chodzi – mamy jakby nie do końca umyć włosy i skórę:  zmyć kurz, nadmiar łoju, ale nie usunąć z głowy w całości sebum. Sposób odżywkowy wydaje mi się najwygodniejszy i zapewne najłatwiej akceptowalny dla sceptyków, którzy chcieliby, ale się boją.

A teraz coś, nad czym się zastanawiam i co przetestuję drogą eksperymentu pseudo-naukowego – ręka rękę myje, a tłuszcz tłuszcz zmywa. ;) O olejkach hydrofilnych jeszcze opowiem, a tutaj chcę przedstawić swój autorski pomysł na no poo – olejek do mycia włosów. Opcja pierwsza to wmasowanie w skalp olejku z emulgatorem, które to w kontakcie z wodą tworzą mleczna emulsję. Emulsja taka dzięki emulgatorowi przyjmuje tłuszcz z głowy, a następnie wszystko jest łatwo spłukiwane wodą. Opcja druga zakłada zastosowanie bardzo dobrej naturalnej maseczki do włosów jakim jest karite/masło shea. Standardowo karite wmasowujemy w głowę i włosy na co najmniej pół godziny przed myciem, a następnie myjemy szamponem (przeważnie wymaga to o 1 mycie więcej niż zwykle). W opcji no poo należałoby użyć czystego emulgatora z ciepłą wodą. Zakładam jednak, że ten sposób może nie wypalić, ponieważ karite jako tłuszcz stały emulguje się gorzej niż oleje. Pożyjemy, popróbujemy – zobaczymy. Szkoda byłoby rezygnować z używania do włosów masła shea, po którym włosy nabierają specyficznej sypkości i zwartości fryzury.

 

No poo – przestajemy myć włosy

Saturday, April 23rd, 2011

Ostatnio natknęłam się n informacje o nowym trendzie w pielęgnacji włosów, który nazywa się no poo i sprowadza się do… nie mycia włosów, a konkretnie – nie mycia ich szamponami. O teoriach związanych z myciem się, detergentami, funkcjami sebum itp. opowiem niebawem, teraz w skrócie – detergenty (min. szampony) są be. Skoro nie powinno się stosować szamponów, co w takim razie robić, żeby nie doprowadzić swojej łepetyny do stanu, w którym będziemy mogli wyciskać ze swoich strąków tłuszcz niczym lanolinę z owczej wełny?

Włosy możemy myć na kilka dość dziwnych sposobów, min. jajkami, glinką, odżywką do włosów czy sodą oczyszczoną (o każdym sposobie dokładniej opowiem w kolejnych postach). Za jajka podziękuję. Soda oczyszczona podobno rewelacyjnie oczyszcza włosy i skórę głowy ze wszelkich pozostałości min. silikonów, ale! ma odczyn mocno zasadowy, więc teoretycznie narusza naturalne pH skóry i otwiera łuski włosów. Co prawda po umyciu włosów sodą należy je spłukać mieszanką wody i octu, aby zamknąć łuski i przywrócić prawidłowe pH (ocet ma odczyn kwaśny), ale mnie ten sposób nie przekonuje, wydaje mi się mimo wszystko inwazyjny, a przecież podobno z tego powodu mamy przestać używać szamponu…

Najbardziej przekonuje mnie sposób z glinką. Do włosów używamy glinki marokańskiej, która jest glinką bardzo delikatną i sporo różniącą się od sławnych glinek zielonej czy czerwonej. Glinka marokańska od wieków używana była do oczyszczania ciała i włosów. Zaczęłam się interesować nią niedawno, kiedy wypróbowałam błoto do włosów z tą właśnie glinką. Po użyciu maseczki włosy są miękkie, gładkie, sypkie, lekkie – takie naturalnie odżywione, nie w ten standardowy dla większości odżywek, “ciężki” sposób. Glinkę zamówiłam już na Allegro i jak tylko dostanę – od razu wypróbuję do mycia twarzy, ciała i włosów i zdam relację.

Póki co mogę napisać, jak się sprawdza metoda oczyszczania włosów odżywką. Wbrew pozorom nie jest to taki głupi pomysł – to prawie to samo jak zmywanie twarzy mleczkiem. Taka odżywka  (jak zresztą kremy, balsamy czy mleczka) zawiera emulgatory, które pozwalają na połączenie się olejów z wodą (o tym też będę jeszcze pisać). Myślę, że taka odżywka działa tak, że wmasowana we włosy i skórę głowy zbiera brud i tłuszcz, a następnie ta mieszanina jest spłukiwana ciepłą wodą. Jest to więc sposób bardzo delikatny dla skóry i włosów, ale jak się okazało – całkiem skuteczny. Dziś umyłam w ten sposób włosy drugi raz i nie mogę powiedzieć, żeby włosy były brudne czy tłuste. Nie mają co prawda takiego połysku jak zwykle i pewnie będą wymagały częstszego mycia na początku (zwykle myję włosy co 2-3 dni, teraz umyłam dzień po dniu), ale jest to okres przejściowy, kiedy skóra przyzwyczaja się do nowej sytuacji.

No poo może być ciekawą alternatywa dla zdesperowanych z włosami bardzo przetłuszczającymi się czy przeciwnie – włosami mocno zniszczonymi, sianowatymi. Ostatecznie – co szkodzi spróbować?